Jolanta Szwarc “TWOJA TWARZ BRZMI ZNAJOMO”

Znowu zacząłem pisać wiersze – informuje autor Poematu o czasie przeżytym Piotr Tenczyk w wierszu „Daj tata daj” dedykowanym Julkowi. Daj tata to, co na kolanach piszesz, daj Julkowi. Czyżby to była przepowiednia powrotu młodych do czytania wierszy, a może chęć uwolnienia ojcowskich kolan od notatnika, wtedy jest szansa, że może weźmie na opróżnione miejsce dziecko i pobawi się z nim. Nie, z takiej propozycji nie skorzysta poeta przez kilka lat wolny od parcia na papier. Teraz, gdy wszystko sobie przemyślał, nie odpuści Julkowi.
Julek, ładne imię i tak dobrze się kojarzy z wielkim J.S. Jankiem Sławnym, przyjacielem osoby mówiącej w wierszu. Janek Sławny był dzieckiem wybranym przez literaturę / oddał jej swoje dłonie oczy i plecy naginające się / w niewygodnych pozycjach gdy czytał książki. Domyślam się, że czytał Dantego, w ogóle delektował się literaturą grecką, rzymską, ale szczególnie bliski był mu Szekspir. Czytał i czytał, uczył się od mistrza struktury dramatu, żeby potem scena po scenie budować swoje. Własną koncepcję dalszej drogi świata, drogi mocno idealistycznej biegnącej przez mistycyzm wpojony przez Andrzeja T. Stąd u J.S. pojawia się górowanie ducha nad materią.
Przechodzenie duszy – ale jak ona przechodzi, czy tylko jedna przenika w innego człowieka, czy może cały szereg ustawia się w kolejce, by przeniknąć, wniknąć w coś, co nigdy nie zostanie przeniknione.
Ale człowiek jest uparty. Chce wiedzieć – szczególnie wtedy, kiedy znajduje się przed trudnym wyborem – z żywymi iść naprzód, albo samotnie z duchami podążać swoją drogą. Bohater już raz się sparzył idąc w stadzie, odrzucili go jak brzydkie kaczątko. Ustanowili granice wspólnego literackiego państewka, gdzie leniwy artyzm. Utrata była na tyle bolesna, że chce szukać zapomnienia u kogoś, o kim myśli „mój książę”. To on mu pomoże przejść przez wzgórze, żeby nabrać siły. Poeta powie – Muszę rozpoznać się w sobie ponownie. Odbić się, jak od lustra. / Poznać siłę własnych dłoni. Ciężar łopaty, którą będę kopał po raz / kolejny w ziemi, w kraju, z którego wyrzucili mnie zanim / zdołałem poczuć się jego mieszkańcem. Kto odrzucił? Narrator nie chce wymieniać szczegółów, istotne jest to, że poczuł się odrzucony i nie chce już ich znać, nie chce być jak oni. Dlaczego nie budować tej drogi jak inni? Co stoi na przeszkodzie, żeby stanąć w kolejce po produkt / końcowy, składający się z gotowych elementów? // Ty stoisz. A Ciebie się boję.
Mamy więc jakieś rozliczenie z przeszłością, od której narrator chce odejść bez żadnej zemsty i rozpocząć od nowa, inaczej niż dotychczas, bo „Ty” patrzy mu na ręce, a Ciebie się boję.
Lekki dreszcz przeszedł mi po plecach. Nie chcę, żeby ktoś się mnie bał, ale… tych Ty, Ty, Ty będzie wielu, jeśli się ich nie pozyska, a szansę pozyskania widzi poeta nie w skrabaniu się na górę, którą postawił Szekspir, ale ambitnie chce budować własną. A może to „Ty” dotyczy kogoś, o kim mówi „mój książę”, komu ma dużo do zawdzięczenia, przede wszystkim swoją metamorfozę. Nie wstydzę się siebie i nie potrzebuję już więcej twojej ręki, / żeby móc dalej iść, żeby znosić to, że nikt nie rozumie, że idę sam. /…/ a ty nie będziesz mnie ciągle prowadził, / tylko zaczniesz słuchać. A więc jakiś czas prowadził.
Narrator zapewnia – nie oszukam cię jak / inni poeci nie będę kolejnym błyskiem miasta. Tu błyska mi skojarzenie z Juliuszem Słowackim, u którego w „Beniowskim” znajduję: „Nie pójdę z wami, waszą drogą kłamną – / Pójdę gdzie indziej! – i Lud pójdzie za mną!” Czyżby bohater poematu Piotra Tenczyka dostrzegł podobieństwo swojego losu do losu Słowackiego? Jak Słowacki zastanawia się nad rolą i kondycją poezji polskiej, jak on Mickiewiczowi, tak nasz bohater przeciwstawia się grupie poetów stojących równo pod ścianą. Jeden i drugi mają poczucie odrzucenia i jednocześnie przeczuwają swoje zwycięstwo. To zwycięstwo ma być oparte na prawdzie, a prawdy należy szukać w przeszłości. Poezja, w którą nie wierzy bohater – porte parole Piotra Tenczyka – odepchnęła od siebie pierwiastek najważniejszy – czytelników. /…/ to poeci porzucili ludzi. /…/ Marzę o tym, że wróci ta piękna tradycja i umiłowanie do słowa żywego, a ja zostanę w tym renesansie skromnym rzemieślnikiem, który naprostował jedną, czy może dwie ścieżki.
Podobno jeśli o czymś bardzo się marzy, to się spełni. Sprzyjam temu marzeniu. Sama lubię kopać w przeszłości. Kiedyś, gdy rozmyślałam, gdzie chciałabym mieszkać, mój podświadomy wybór padł na Kraków. Jakie było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że tam mieszkali moi przodkowie. Dlatego nie dziwię się, że Piotr Tenczyk myśli o swoich przodkach, o powikłanej historii ich i ziemi, na której żyli, której i on pozostał wierny. Jeśli jak prapradziadek Jan Sontag, który krążył na parowozie między miastami, przyjdzie przemieszczać się między różnymi miejscami, to zawsze wraca się do punktu A, jeśli nie w realu, to myślami. I myśli się – co we mnie z nich zostało. Czasem czekam na niego (pradziadka Józefa), siedząc nad jego grobem / i grobem jego ojca żeby posłuchać jak tu było kiedyś.
Pamięć rodziny sięgnąć może dość swobodnie 150 lat w przeszłość – do dziewiętnastego wieku, który tylko z pozoru był słodką pocztówką. O naszym stuleciu jeszcze nic nie można powiedzieć. Tylko ziemia wypełniona kośćmi przodków przypomina, że jesteśmy ludźmi których ten wiek nadchodzący / może przemienić w anioły lub przykryć szarością.
Znowu jakieś wkradło się marzenie, trudne do ziszczenia, kiedy poetom już nikt nie wierzy. Słowacki wierzył w moc poezji. „Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi / Iść… taką obojętność, jak ja, mieć dla świata? / Być sternikiem duchami napełnionej łodzi, / I tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata? // Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna ,/ Co mi żywemu na nic… tylko czoło zdobi;/ Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna, /Aż was, zjadacze chleba – w aniołów przerobi.”
Ten romantyk, zwłaszcza po śmierci, zyskał uznanie wielu rodaków. Nic dziwnego, że zaprzyjaźnił się z nim Piotr. Bardzo ważne było to spotkanie / jak te kilka lat zaważyło na mnie bo nieświadomie / otarłem się o widok pięknego wielkiego spalającego słońca / żeby potem całe życie uciekać od niego jak najdalej / w sobie szukając jedynie jego odbicia które można wydobyć / z najgłębszej ciemności z tej samej ciemności która była / czymś naturalnym dla Józefa Sontaga i rodziny Tenczyków. Ciemność – powstania, II wojna światowa. Ciekawe, kim jesteśmy wychodząc ze śmierdzącego swądu, mgły – myśli młody jeszcze Tenczyk – Ślązak, którego przodkowie raz po niemiecku, potem po polsku komunikowali się z otoczeniem. Czuli się obcy w zjednoczonej ojczyźnie, posądzano ich o nie wiadomo co. Ej, ta historia – waga ciężka.
Wracając jednak do Janka Sławnego, to przede wszystkim on mówił, a Piotr miał słuchać. Sławny stał się drzwiami, intrygującymi drzwiami na świat pokrytymi farbą, która brudziła ręce tak, że nie można było niczego dotknąć. Wtedy Piotr poczuł, że nic więcej nie wyciągnie z czarodziejskiego pudełka. Zostało zamknięte i J.S. po pożegnaniu także zamknął drzwi i zniknął. Zostało trochę tęsknoty, wspomnienia zapisane w poemacie i milczenie to samo które odnajduję / w sobie gdy stoję nad grobem Jana Sontaga. Piotrek wydoroślał. Jestem Piotr a wokół mnie wasze głosy / przez które będę się przedzierał całe życie / jak przez mgłę jak przez szarej smugi cień // aż to życie stanie się czasem przeżytym.
Czas, on ciągle staje się przeżytym, choć „w porównaniu z chmurami / życie wydaje się ugruntowane / omalże trwałe i prawie że wieczne.” – jak pisze Szymborska. Tak, ale stale wędruje w kierunku przeszłości, której odległość ciągle się wydłuża kosztem przyszłości i bez ustanku niknącego teraz.
Głosy przodków i zmarłych artystów, ich walki i osiągnięcia nosimy w sobie. Oni są miernikiem naszego znaczenia. Trzeba stanąć wśród zmarłych, rozejrzeć się i zająć właściwe miejsce.
Czasami wychodzimy cało, czasami nie zdążymy gardą zasłonić nosa. Raz okaleczeni robimy uniki nawet przed motylem, który / raz za razem kłuje / żądłem pszczelim / prosto i dokładnie. Czuję razem z autorem, że czasem mi się / udaje a czasem dostaję / zwyczajnie po głowie. Kiedy już rozlało się mleko, można rozważać dlaczego. Przeanalizować nieostrożne gesty, brak wyobraźni, która na chwilę opuściła sprawcę, może w ogóle nie była jego gościem i można myśleć dlaczego. Usprawiedliwić, wyrzucić z pamięci, ostre uwierające kamienie myślą opłynąć, zmienić w otoczaki. Po co walka, po co prawo pięści? A jak dłonie nie będą już chciały / współpracować z głową? Będzie nokaut i leżysz jak długi nie tylko na ringu. Jeden cios za dużo, jedno niepotrzebne słowo mogą przynieść klęskę lub zwycięstwo. Ring, ogród potrzebują silnych, którzy przetrwają różne sytuacje w swoich ogrodzeniach.
W ostatnich wersach poematu czytamy: Bo przecież nie zawsze byłem drzewem. / Kiedyś byłem kwiatem, stojącym w szklanym wazonie. / Tylko, że ktoś mnie wreszcie zasadził w ogrodzie. / Konkretnym ogrodzie. Ogrodzie bez furtki. To słowa, które mieszczą się pod tytułem „Tu są”. Wisława Szymborska też rozważa problem nurtujący Piotra Tenczyka. „Jestem kim jestem. / Niepojęty przypadek / jak każdy przypadek. // Inni przodkowie mogli być przecież moimi” – i dalej snuje myśl noblistka – „Mogłam być kimś / o wiele mniej osobnym. /…/ Drzewem uwięzłym w ziemi, do którego zbliża się pożar.” Miejmy nadzieję, że pożar nie wedrze się do ogrodu bez furtki, ani nikt nie spróbuje wsadzić romantycznej tęsknoty do zamkniętego kufra. Mam nadzieję, że nie spełnią się opowieści starszych braci, o których wspominali podobno Mickiewicz i Towiański – że świat przyniesie nam na tacy gorycz. Mam nadzieję, że trochę miodu i mleka też.
No cóż, pora kończyć, choć czasami rozstania przy drzwiach są dłuższe od samych wizyt. Tytuł Poemat o czasie przeżytym wzięty z części zagórował nad całością, na którą składają się elementy: „Daj tata daj”, „Mój książę”, „Poemat o czasie przeżytym” (właśnie), „Taki nos został mi od uderzenia pięścią” i „Za nami granica śniegu przed nami ślady stóp”.
Taka forma wypowiedzi – poemat dygresyjny daje narratorowi dużo swobody. Pozwala w dowolnej chwili odejść od tematu, by znów niespodziewanie dla czytelnika do niego wrócić. Tu narrator może się rozprawić z przeciwnikami, może im wygarnąć, co mu na sercu leży, a także podzielić się swoimi myślami. On tu gra pierwsze skrzypce. W tym wypadku nie chowa się za czyimiś plecami. Po prostu Piotr Tenczyk jest autorem zewnętrznym jak i narratorem.
Swój poemat ozdobił fotografiami z własnego archiwum rodzinnego. Możemy spojrzeć w oczy pra- i prapradziadka, mnie jednak zaintrygowały najbardziej zdjęcia autora. To przy biogramie w czarnej koszulce z „rannym ptaszkiem” zdecydowanie się różni od tych zamieszczonych na pierwszych kartach książki. Widać zmianę zaszłą w narratorze poematu. Nie pociągnę dalej tego wątku, bo… bo nie i już.
Na pewno całość, która ukazała się dzięki Zaułkowi Wydawniczemu POMYŁKA jest rzeczą, obok której nie można przejść obojętnie. Z pewnością nie wyczerpałam treści i sensów zawartych w tej pozycji, tak że czytelnik znajdzie dla siebie jeszcze wiele miejsc, przy których warto się zatrzymać i pomyśleć. Przy wielu zaletach tej książki lekkie niedociągnięcia milkną.

 

Jolanta Szwarc
Latarnia Morska, 17 kwietnia 2015
źródło:
http://latarnia-morska.eu/index.php?option=com_content&view=article&id=1908%3Apoemat-o-czasie-przeytym-piotra-tenczyka&catid=43%3Aiformacje-komunikaty&Itemid=66&lang=pl